"Słowa mogą być jak promienie Roentgena; jeśli używać ich właściwie, przenikną wszystko. Czytasz i słowa cię przeszywają."
Aldous Huxley

czwartek, 16 grudnia 2010

Miasto. Refleksja lipcowa.

Bo niech mi pan powie, ilu ludzi zmieści się w człowieku, żeby jeszcze czuł się, że to on? Człowiek jest, o, jak szklanka, nie nalejesz więcej, niż się zmieści.(...) Człowiek nie ucieknie od tego, że słyszy. Nie ucieknie, że widzi. Choćby nie chciał słyszeć, widzieć. (...) Nawet myśli pana stają się śmietniskiem cudzych myśli. (...) Niech mi pan wierzy, wracam do domu, to muszę się od początku do siebie przyzwyczajać, zbierać się aż gdzieś od dzieciństwa, od pierwszych słów, pierwszych myśli, pierwszego płaczu, żeby znów poczuć, że ja to ja.

Wiesław Myśliwski  "Traktat o łuskaniu fasoli"

poniedziałek, 1 listopada 2010

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska "Nieobecność"

Twoja nieobecność jest jak tłumy ludzi-
Wszędzie jej pełno. W ogrodzie i w mieście.
Wciąż mnie otacza. A gdy zasnę wreszcie,
Tysiącem oczu patrzących mnie budzi...

wtorek, 31 sierpnia 2010

Modus vivendi.

 Pierwszą moją reakcją było niedowierzanie. Co takiego? Cała ludzkość grzeszy, a Syn Boży płaci za to swoim życiem? Próbowałem sobie wyobrazić ojca, jak mówi do mnie: "Piscine, lew wślizgnął się do zagrody lam i zabił dwie sztuki. Inny zabił wczoraj garnę. W zeszłym tygodniu dwa lwy zjadły wielbłąda. Tydzień wcześniej- kilka bocianów i czapli. I kto zaręczy, że nie pożarły naszego aguti? Tego dłużej nie można tolerować. Należy coś zrobić. Pomyślałem, że jedynym sposobem, by lwy mogły odpokutować swoje grzechy, jest rzucenie im ciebie na pożarcie."
"Tak jest, tato, to słuszna i logiczna decyzja. Muszę się tylko umyć."
"Alleluja, synu."
"Alleluja, ojcze."
(...)
Ale boskość nie mogła być zniszczona przez śmierć. Nigdy. Dusza świata nie może umrzeć, nawet w swej najmniejszej cząstce. Było błędem tego chrześcijańskiego Boga, że pozwolił umrzeć swojemu awatarowi. To tak, jakby pozwoliło się obumrzeć części samego siebie. Bo jeśli już Syn Boży ma umrzeć, to nie może być w tym lipy. (...) Śmierć Syna musiała być prawdziwa. (...) Groza musi być prawdziwa. Dlaczego Bóg miałby chcieć czegoś takiego dla siebie?(...)
Z miłości. Tak brzmiała odpowiedź księdza Martina.
(...)
Ten Syn jest bogiem, który chodził pieszo, bogiem piechurem- i to w gorącym klimacie- bogiem, który kroczył po ziemi tak jak każdy człowiek, uważając, żeby nie zawadzić sandałem o kamienie na drodze. A kiedy już pozwolił sobie na ekstrawagancję jazdy, dosiadał zwykłego osła. Ten Syn jest bogiem, który umarł w ciągu trzech godzin, wśród jęków, westchnień i lamentów. Cóż to za bóg? Co w tym Synu Bożym ma nas natchnąć?
Miłość, powiedział ksiądz Martin.
(...)
-Proszę księdza- zawołałem zdyszany- chciałbym zostać chrześcijaninem.
Uśmiechnął się.
-Już nim jesteś, Piscine- w swoim sercu. Każdy, kto spotyka się z Chrystusem w dobrej wierze, jest chrześcijaninem.(...)
Wszedłem do kościoła, tym razem bez lęku, bo od teraz był to także i mój dom. Potem zbiegłem ze wzgórza po lewej stronie i popędziłem na to po prawej- żeby podzękować Krisznie za to, że pozwolił mi spotkać na mojej drodze Jezusa z Nazaretu, którego człowieczeństwo tak mnie zafascynowało.


"Kiedy usłyszała po raz pierwszy słowa Hare Kriszna, sądziła, że chodzi o Hairless Christians, bezwłosych chrześcijan, i odtąd zawsze to tak kojarzyła. Poprawiając ją kiedyś, zauważyłem przy okazji, że w gruncie rzeczy tak bardzo się nie myli, że hindusi, ze swoją wszechogarniającą miłością są właściwie bezwłosymi chrześcijanami, podobnie jak muzułmanie, widzący wszędzie i we wszystkim Boga, są brodatymi hindusami, a chrześcijanie, ze swoim oddaniem Bogu- muzułmanami, tyle że bez turbanów."


Yann Martel  "Życie Pi"

czwartek, 26 sierpnia 2010

Zaiste...

 "TRZEBA MARZYĆ"  Jonasz Kofta
 
Żeby coś się zdarzyło
Żeby mogło się zdarzyć
I zjawiła się miłość
Trzeba marzyć
Zamiast dmuchać na zimne
Na gorącym się sparzyć
Z deszczu pobiec pod rynnę
Trzeba marzyć

Gdy spadają jak liście
Kartki dat z kalendarzy
Kiedy szaro i mgliście
Trzeba marzyć
W chłodnej, pustej godzinie
Na swój los się odważyć
Nim twe szczęście cię minie
Trzeba marzyć

W rytmie wiecznej tęsknoty
Wraca fala do plaży
Ty pamiętaj wciąż o tym
Trzeba marzyć
Żeby coś się zdarzyło
Żeby mogło się zdarzyć
I zjawiła się miłość
Trzeba marzyć

piątek, 6 sierpnia 2010

Na drugie mu Maria.

Kobiety mojego pokolenia zalane są falą zniewieściałych mężczyzn. Tak, tak, tak. Wystarczy się rozejrzeć. 

Wsiadłam wczoraj do autobusu opancerzona jedynie częściowo- zabrałam ze sobą książkę, ale zapomniałam słuchawek... Moje poranne roztargnienie kosztowało mnie taki oto widok: chudy chłopiec, lat +20, spodnie rurki lekko opuszczone na chudych pośladkach, trampki w kratę, włosy proste, przydługie, z przedziałkiem z boku, romantycznie opadające na czoło. Być może udałoby mi się go nie zauważyć (Kapuściński bardzo wciąga), gdyby nie brak tych nieszczęsnych słuchawek.

-No, czeeeeść Monika! A co ty tutaj robisz?

Słysząc jego wysoki, lekko nosowy głos mimowolnie podniosłam wzrok. Nieznajomy osobnik w kilku zgrabnych podskokach przemieścił się spod drzwi na tyły autobusu, po czym usadowił się wygodnie vis a vis mnie (czyt. z wdziękiem godnym damy założył nogę na nogę- stopa obciągnięta w pozycji point, łydki równolegle- i lekko pochylił się do przodu- plecy, rzecz jasna, proste) i piszcząc z zachwytu obdarzył siedzącą przed nim Monikę buziakiem w policzek.

- Nooo jak tam, co tam u ciebie? Noooo, opoowiadaj!

Zanim pogrążyłam się w zadumie nad tym, niestety nie mogę powiedzieć: "nietypowym", zjawiskiem, utkwiłam jeszcze na chwilę wzrok w jego twarzy: podbródku wsuniętym do przodu w geście zasłuchania, przemiłym, chłopięcym uśmiechu i zasłaniającej oko zawadiackiej grzywce, którą musiał co jakiś czas odgarniać znad czoła zgrabnym ruchem swojej delikatnej dłoni. I... poczułam jak rosną mi wąsy...

Cała scena trwała bardzo krótko. Jako dziewczyna z dobrego domu, a więc porządnie wychowana, postanowiłam nie gapić się w nieskończoność. Spuściłam wzrok na czarne literki skaczące po moich kolanach, ale już do końca podrózy nie dane mi było wrócić do lektury. W głowie kołatało mi się pewne kluczowe pytanie umieszczone tam na stałe, ale na codzień uśpione, pytanie niebezpieczne, nurtujące i złowrogie- pytanie o to, czym właściwie jest MĘSKOŚĆ...

Uwielbiam się mądrzyć, snuć teorie i filozofować. Trudno się więc nie domyślić, że i w tej kwestii mam swoją koncepcję, swoją wielką odpowiedź na wielkie pytanie. Ja, Malwina M., "domorosły psycholog", odpowiadam więc tak:

Męskość to materiał, z którego zbudowana jest dusza. Męskość jest elementem struktury kości, jest jednym z włókien tworzących barwę głosu. Męskość jest we krwi, w mózgu i w trzewiach. Męskość to siła uścisku dłoni i głębia spojrzenia. Męskość jest pieśnią pochwalną na cześć kobiecości. Jest charakterem i sposobem bycia. Jest. Albo jej nie ma.

Męskość nie może być nachalna i agresywna, ani krzykliwa i arogancka. Taka "męskość" to tylko atrapa, twardy gorset podrzymujący wątłe ciało...

Nie może też kończyć się na samym słowie "mężczyzna", na samych fizjologicznych oczywistościach, które są ostatnim bastionem na drodze do rozróżnienia płci.


Tymczasem ostatnio wszystko sprowadza się właśnie do tego, że mężczyźni wymachują swoją męskością niczym sienkiewiczowski sarmata szabelką albo chroniąc się w bezpiecznym ciepełku swego kobiecego "ja" udają, że za całą męskość wystarczy im to, co chowają w spodniach.

O byciu Kobietą nie decyduje nawet najbardziej zmysłowa kiecka, makijaż i czerwone paznokcie. Ochocze i wdzięczne pląsanie wśród talerzy i garnków, ilość posiadanych dzieci czy temperatura w sypialni również nie będą tutaj kryterium. I chyba wszyscy się z tym zgadzamy, że kobiecość to taki "piąty element", szczypta tajemniczej przyprawy, która stanowi o smaku potrawy. 

Dlaczego z męskością miałoby być inaczej?



Tekst w temacie. Oto i on:


"UR so gay" Katy Perry
 
I hope you hang yourself with your H&M scarf
While jacking off listening to mozart
You bitch and moan about LA
Wishing you were in the rain reading Hemingway
You don’t eat meat
And drive electrical cars
You’re so indie rock it’s almost an art
You need SPF 45 just to stay alive

(CHORUS)
You’re so gay and you don’t even like boys
No you don’t even like
No you don’t even like
No you don’t even like boys
You’re so gay and you don’t even like boys
No you don’t even like
No you don’t even like
No you don’t even like…


You’re so sad maybe you should buy a happy meal
You’re so skinny you should really Super Size the deal
Secretly you’re so amused
That nobody understands you
I’m so mean cause I cannot get you outta your head
I’m so angry cause you’d rather MySpace instead
I can’t believe I fell in love with someone that wears more make up than...

(CHORUS)
You’re so gay and you don’t even like boys
No you don’t even like
No you don’t even like
No you don’t even like boys
You’re so gay and you don’t even like boys
No you don’t even like
No you don’t even like

No you don’t even like…


(BRIDGE)
You walk around like you’re oh so debonair
You pull em' down and there’s really nothing there
I wish you would just be real with me

(CHORUS)
You’re so gay and you don’t even like boys
No you don’t even like
No you don’t even like
No you don’t even like boys
You’re so gay and you don’t even like boys
No you don’t even like
No you don’t even like
Oh no no no no no no-------
You’re so gay and you don’t even like boys
No you don’t even like
No you don’t even like
No you don’t even like boys
You’re so gay and you don’t even like boys
No you don’t even like
No you don’t even like
No you don’t even like… PENIS!



Bez dalszego komentarza. Amen.


poniedziałek, 21 czerwca 2010

Hmmm... (???)

Ojciec: - Córeczko, Salomon powiada, gdy cię źli chłopcy kuszą, nie słuchaj ich. - Córeczka: - Ale co mam uczynić, ojcze, gdy będą mnie kusić dobrzy chłopcy?

Georg Christoph Lichtenberg

wtorek, 8 czerwca 2010

Moja mała paranoja.

Jonasz Kofta 
"Kiedy się dziwić przestanę." 

 Kiedy się dziwić przestanę
Gdy w mym sercu wygaśnie czerwień
Swe ostatnie, niemądre pytanie
Nie zadane, w połowie przerwę

Będę znała na wszystko odpowiedź
Ubożuchna rozsądkiem maleńkim
Czasem tylko popłaczę sobie
Łzami tkliwej i głupiej piosenki

By za chwilę wszystko zapomnieć
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie

Kiedy się dziwić przestanę
Zgubię śpiewy podziemnych strumieni
Umrze we mnie co nienazwane
Co mi oczy jak róże płomieni

Dni jednakim rytmem pobiegną
Znieczulone, rozsądne, żałosne
Tylko życia straszliwe piękno
Mnie ominie nieśmiałą wiosną

Za daleko jej będzie do mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie

Kiedy się dziwić przestanę
Lżej mi będzie i łatwiej bez tego
Ścichną szczęścia i bóle wyśmiane
Bo nie spytam już nigdy - dlaczego?

Błogi spokój wyrówna mi tętno
Gdy się życia nauczę na pamięć
Wiosny czułej bolesne piękno
Pożyczoną poezją zakłamię

I nic we mnie i nic koło mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie.

 
Ja chyba powinnam mieć naturalnie wyłupiaste oczy- nawierzchwychodzące ze zdumienia. Ostatnio dotarło do mnie, że całe moje życie to pasmo nieustających "zdziwnień"! Zaczyna się od rana: otwieram oczy i... "Jak to możliwe, że już jest ósma!? Przecież dopiero się położyłam". Następnie po godzinie walki z dzwoniącym co dziesięć minut budzikiem, w dźwiękach westchnień zniecierpliwnia dochodzących z drugiej strony pokoju ("Jak ona może ze mną wytrzymać? Ja już dawno udusiłabym poduszką.") podejmuję pierwszą próbę zdarcia z siebie kołdry. I tu następuje kolejny szok- "jakim cudem jest tak cholernie zimno??!!" Czterdzieści minut później, gdy zamykam kluczem drzwi, dopada mnie myśl: "Co się stało, że tak szybko się zebrałam? Musiałam o czymś zapomnieć." Biegnąc na tramwaj stawiam sobie kolejne kluczowe pytanie, które brzmi: "Dlaczego, dlaczego, DLACZEGO zawsze jestem o te pół minuty za późno?!" I tak dalej i tak dalej- all day long.

W sumie to tyle jeśli chodzi o żarty, bo w rzeczywistości mam na myśli coś znacznie ważniejszego niż drobne zmagania z naprzykrzającą się nieznośnie codziennością oraz całym gangiem rzeczy martwych. Chodzi chyba o to, aczkowiek nie jestem pewna, że moja pieczołowicie upleciona hipotetyczna wersja wydarzeń czy idealnie dopracowany plan na mniej lub bardziej odległą przyszłość, nigdy, ale to nigdy nie przystaje do rzeczywistości. Niezależnie od tego ile tych wersji sobie stworzę albo ile alternatywnych planów będę miała w zanadrzu... 

Zajmuję się, można powiedzieć, prawie profesjonalnie (bo już przecież ładnych kilka lat...) planowaniem i dorabianiem historii zanim się wydarzą, a mimo to konsekwencje błędów, rozwiązania zagadek, reakcje ludzi i związki przyczynowo skutkowe nieustannie mnie zaskakują. Codziennie wrastam w ziemię z niebywałego osłupienia. Uwielbiam też oglądać się za siebie i obserwować wijącą się za moimi plecami ścieżkę- zawsze bardziej pokręconą niż pierwotnie zakładałam, a mimo to "jakimścudem" szczęśliwe przebytą. 

Jednym z najbardziej wdzięcznych obiektów, stworzonym wprost po to, by wybałuszać na niego swoje zdziwonone oczy jest rzecz jasna Mężczyzna. Zazwyczaj znajduje się na samym szczycie "listy zdziwień". Na drugim miejscu plasuje się fenomen Czasu (bo płynie raz szybko raz wolno, bo raz jest raz go nie ma, bo lubi zabierać wspomnienia, przeinaczać fakty tak nieprawdopodobnie umiejętnie i niezauważenie, bo jest tak nieprzejednany i gęsty jak mgła, przez którą nie ujrzysz nawet swojej wyciągniętej do przodu dłoni, bo sekunda Teraz jest tak boleśnie nieuchwytna, a przyszłość tak nagle zamienia się w przeszłość). Mniej więcej ex aequo z Czasem jest Przenaczenie, głównie dlatego, że nie wiadomo czy wierzyć w nie w końcu czy nie. Całą resztę trudno już ustawić w sensownej kolejności, ale jeśli mam wymieniać, to bez dwóch zdań wysokie pozycje zajmują: głupota w ogólności, bosko-ludzka natura człowieka (w tym cały szereg beznadziejnych w swej istocie problemów z niej wynikających), a także jeden bardzo ciekawy oksymoron: kobieca solidarność...

Tak czy owak- jak absolutnie trafnie zauważa Jonasz Kofta- bez tego zdziwienia nie ma życia. Bo przywyczaić się znaczy stracić całą radość, zasnąć na jawie i znieruchomieć. 

Czyli straszna, straszna nuda.