"Słowa mogą być jak promienie Roentgena; jeśli używać ich właściwie, przenikną wszystko. Czytasz i słowa cię przeszywają."
Aldous Huxley

wtorek, 8 czerwca 2010

Moja mała paranoja.

Jonasz Kofta 
"Kiedy się dziwić przestanę." 

 Kiedy się dziwić przestanę
Gdy w mym sercu wygaśnie czerwień
Swe ostatnie, niemądre pytanie
Nie zadane, w połowie przerwę

Będę znała na wszystko odpowiedź
Ubożuchna rozsądkiem maleńkim
Czasem tylko popłaczę sobie
Łzami tkliwej i głupiej piosenki

By za chwilę wszystko zapomnieć
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie

Kiedy się dziwić przestanę
Zgubię śpiewy podziemnych strumieni
Umrze we mnie co nienazwane
Co mi oczy jak róże płomieni

Dni jednakim rytmem pobiegną
Znieczulone, rozsądne, żałosne
Tylko życia straszliwe piękno
Mnie ominie nieśmiałą wiosną

Za daleko jej będzie do mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie

Kiedy się dziwić przestanę
Lżej mi będzie i łatwiej bez tego
Ścichną szczęścia i bóle wyśmiane
Bo nie spytam już nigdy - dlaczego?

Błogi spokój wyrówna mi tętno
Gdy się życia nauczę na pamięć
Wiosny czułej bolesne piękno
Pożyczoną poezją zakłamię

I nic we mnie i nic koło mnie
Kiedy się dziwić przestanę
Kiedy się dziwić przestanę
Będzie po mnie.

 
Ja chyba powinnam mieć naturalnie wyłupiaste oczy- nawierzchwychodzące ze zdumienia. Ostatnio dotarło do mnie, że całe moje życie to pasmo nieustających "zdziwnień"! Zaczyna się od rana: otwieram oczy i... "Jak to możliwe, że już jest ósma!? Przecież dopiero się położyłam". Następnie po godzinie walki z dzwoniącym co dziesięć minut budzikiem, w dźwiękach westchnień zniecierpliwnia dochodzących z drugiej strony pokoju ("Jak ona może ze mną wytrzymać? Ja już dawno udusiłabym poduszką.") podejmuję pierwszą próbę zdarcia z siebie kołdry. I tu następuje kolejny szok- "jakim cudem jest tak cholernie zimno??!!" Czterdzieści minut później, gdy zamykam kluczem drzwi, dopada mnie myśl: "Co się stało, że tak szybko się zebrałam? Musiałam o czymś zapomnieć." Biegnąc na tramwaj stawiam sobie kolejne kluczowe pytanie, które brzmi: "Dlaczego, dlaczego, DLACZEGO zawsze jestem o te pół minuty za późno?!" I tak dalej i tak dalej- all day long.

W sumie to tyle jeśli chodzi o żarty, bo w rzeczywistości mam na myśli coś znacznie ważniejszego niż drobne zmagania z naprzykrzającą się nieznośnie codziennością oraz całym gangiem rzeczy martwych. Chodzi chyba o to, aczkowiek nie jestem pewna, że moja pieczołowicie upleciona hipotetyczna wersja wydarzeń czy idealnie dopracowany plan na mniej lub bardziej odległą przyszłość, nigdy, ale to nigdy nie przystaje do rzeczywistości. Niezależnie od tego ile tych wersji sobie stworzę albo ile alternatywnych planów będę miała w zanadrzu... 

Zajmuję się, można powiedzieć, prawie profesjonalnie (bo już przecież ładnych kilka lat...) planowaniem i dorabianiem historii zanim się wydarzą, a mimo to konsekwencje błędów, rozwiązania zagadek, reakcje ludzi i związki przyczynowo skutkowe nieustannie mnie zaskakują. Codziennie wrastam w ziemię z niebywałego osłupienia. Uwielbiam też oglądać się za siebie i obserwować wijącą się za moimi plecami ścieżkę- zawsze bardziej pokręconą niż pierwotnie zakładałam, a mimo to "jakimścudem" szczęśliwe przebytą. 

Jednym z najbardziej wdzięcznych obiektów, stworzonym wprost po to, by wybałuszać na niego swoje zdziwonone oczy jest rzecz jasna Mężczyzna. Zazwyczaj znajduje się na samym szczycie "listy zdziwień". Na drugim miejscu plasuje się fenomen Czasu (bo płynie raz szybko raz wolno, bo raz jest raz go nie ma, bo lubi zabierać wspomnienia, przeinaczać fakty tak nieprawdopodobnie umiejętnie i niezauważenie, bo jest tak nieprzejednany i gęsty jak mgła, przez którą nie ujrzysz nawet swojej wyciągniętej do przodu dłoni, bo sekunda Teraz jest tak boleśnie nieuchwytna, a przyszłość tak nagle zamienia się w przeszłość). Mniej więcej ex aequo z Czasem jest Przenaczenie, głównie dlatego, że nie wiadomo czy wierzyć w nie w końcu czy nie. Całą resztę trudno już ustawić w sensownej kolejności, ale jeśli mam wymieniać, to bez dwóch zdań wysokie pozycje zajmują: głupota w ogólności, bosko-ludzka natura człowieka (w tym cały szereg beznadziejnych w swej istocie problemów z niej wynikających), a także jeden bardzo ciekawy oksymoron: kobieca solidarność...

Tak czy owak- jak absolutnie trafnie zauważa Jonasz Kofta- bez tego zdziwienia nie ma życia. Bo przywyczaić się znaczy stracić całą radość, zasnąć na jawie i znieruchomieć. 

Czyli straszna, straszna nuda.

poniedziałek, 3 maja 2010

Pożegnanie z Babcią.

-Ucz się dziecko i pamiętaj- tu Babcia nuci- "не нaдa так cилнo влюбляться, не нaдa так cилнo любить..."

-Oj tam, oj tam, Babciu.

"Ale tak już jest na świecie, że kobiecie płacz przychodzi z pomocą, kiedy rozum przestaje pojmować."

Znów mam na tapecie Wiesława Myśliwskiego. Jest w jego powieściach coś takiego, co bardzo pasuje do drewnianych zacienionych ganków, do bujanych, skrzypiących foteli, do bielizny powiewającej na sznurach, do ogrodów, do psów, do zapachu pieczonego chleba, do dziadka o trzęsących się dłoniach. Otwierasz książkę i wchłaniają cię proste, zwyczajne słowa, słowa, które opisują świat bardzo pokornie- bez buntu, bez pretensji, bez wyrzutów. Masz wrażenie, że z każdej strony jego książki uśmiechają się do Ciebie ludzie pogodzeni z Bogiem, żyjący w zgodzie z naturą, bez oporu poddający się silnym prądom dziejów.

Kiedy czytam Myśliwskiego ogarnia mnie spokój. Oddalam się powoli od szklanych miast, warczących ulic i rozmazanych obrazów pędzących chodnikami ludzi. Odpływam bez żalu ze świata zamaskowanych twarzy, głośnych kawiarni i kolorowych ekranów. Jest jakaś niewymowna ulga w przeświadczeniu, że świat, mimo wszystko, stoi na podłożu znacznie trwalszym niż elekroniczny mózg naszej globalnej, wszechwiedzącej społeczności. Miło jest pomyśleć, że otaczająca nas krzykliwa, skomplikowana codzienność jest jak mgła, w której zanurzamy się cali, ale wystarczy zejść trochę niżej, położyć się na wilgotnej trawie i objąć rękami brudną ziemię, aby przekonać się co jest prawdziwe i trwałe.

Czytam i ogarnia mnie przekonanie, że śmieszni jesteśmy wszyscy, tak zajadle walczący z przeznaczeniem, z Bogiem, z historią, z naturą. Myślę sobie, że chyba nie warto się tak szarpać i w tym szaleńczym wyścigu po świetlaną przyszłość, po swoje miejsce na ziemi trzeba znaleźć swój tor i swoje własne tempo. Nie pakować się komuś na plecy, bo możemy skończyć nie tam gdzie chcemy, nie wskakiwać na konia, bo w galopie, patrząc ze strachem przed siebie, nie będziemy zdolni rozejrzeć się na boki.


Wczoraj po raz kolejny wylądowałam w domu rodzinnym, w swoim dzieciecym łóżku złożona ciężką chorobą duszy. Znowu przekrzyczało mnie miasto, sama siebie przekrzyczałam. Potrzebna była chwila ciszy przerywana tylko miarowym tykaniem zegara, które koi, ale jednocześnie nie pozwala zapomnieć, że życia nie da się "zapauzować". Uspokoiłam się, serce przestało walić, demony spotulniały. Wracam skąd przybyłam i mogę zaczynać od nowa.

Jestem więc gotowa. Nie trzeba się bać.

piątek, 9 kwietnia 2010

Studium kobiety.

Mężczyźni marudzą, że tak mają ciężko, bo muszą się mordować z nami całe życie. Po czym szybko dodają, że bez nas z pewnością nie przeżyliby ani jednego dnia, co stanowi jeszcze większy dramat całego ich gatunku. To Wielkie Niezrozumienie między modelową kobietą, a jej mniej doskonałym pierwowzorem, czyli modelowym mężczyną, rozstrząsają od wieków pokolenia zafascynowanych tym zjawiskiem poetów, naukowców, pisarzy, socjologów, psychologów, seksuologów, duchownych, feministek, felietonistów i wróżek. Wielkie Niezrozumienie w telegraficznym skrócie i niedopuszczalnym uproszczeniu ma polegać na tym, że mężczyzna to człowiek prosty, łatwy w użyciu, przewidywalny i przyjazny środowisku. Kobieta natomiast stanowi Tajemnicę. Jest labiryntem myśli, plątaniną uczuć i emocji, trąbą powietrzną, która z natury wszystko przewraca do góry nogami i odchodzi pozostawiając gruzy. No i pewnie, że nie jest łatwo żyć w takim towarzystwie istotom, dla których wszystkie barwy świata to czerwony, zielony, żółty albo niebieski, a słowo "tak" zawsze znaczy tylko i wyłącznie zgodę. Ale czy ktoś kiedykolwiek zastanowił się nad tym jak trudno jest żyć człowiekowi, który sam jest kobietą? Życie obok kobiety pod względem poziomu trudności nie może przecież równać się życiu z kobietą w środku
Żeglarza, którego domem jest okręt, na codzień otacza woda. Musi z nią żyć i znosić jej liczne kaprysy. Nie potrafi jednak obejść się bez niej. Kocha ją, podziwia za jej piękno, tajemnoczość i potęgę. Ale jednocześnie boi się jej, a strach ten wynika z niewiedzy, jakie wspaniałe bogactwo barw i dźwięków, pięknych i złowrogich stworzeń oraz nieodgadnionych, silnych prądów kryje się pod jej powierzchnią. Potężna woda, czasem cicha, spokojna i kojąca, a czasem wściekła i niszczycielska wyznacza tryb życia żeglarza. A ona? Ona sama? Czy żyje według własnych reguł? Czy jest zimną i metodyczną panią swoich szaleństw? 

A może jest tak, że ta wszechwładna, ta trudna, ta piękna w swej zagadkowości, rozdzierana jest od środka mocą własnych sprzeczności?...


"(...) zamiast miłosnego uniesienia ogarnęła ją odchłań rozczarowania. W jednej sekundzie obajwił jej się w całej okazałości ogrom własnej pomyłki i przerażona zadała sobie pytanie, jak mogła przez tyle czasu, z takim okrucieństwem nosić w sercu podobną chimerę. (...)chciał iść za nią, ale ona wymazała go ze swojego życia jednym ruchem ręki. -Nie - powiedziała. - Proszę zapomnieć."

"Miłość w czasach zarazy", Gabriel Garcia Marquez



I trochę z innej beczki, choć z tej samej powieści:
"(...) symptomy miłości są identyczne z objawami cholery."

"(...) słabeusze nigdy nie wejdą do królestwa miłości, bo jest to królestwo bezlitosne i okrutne, (...) kobiety oddają się wyłącznie mężczyznom o zdecydowanym charakterze, bo tylko tacy dają im poczucie bezpieczeństwa, (...)"



Nie jestem feministką, tylko się droczę. Pół żartem, pół serio;)

poniedziałek, 22 marca 2010

Wiosna.

Dziękuję za uwagę.

wtorek, 16 marca 2010

"Już nie dla mnie się kąpiesz w pieszczocie pian.."

Dlaczego właśnie teraz, ostatnimi tak szczęśliwymi czasy, w momencie kiedy ostatnią rzeczą normalnego człowieka jest myśleć o jakiś końcach, zerwaniach, cierpieniach... dlaczego bezustannie telepie mi się w głowie myśl o rozstaniu..? Rozstaniu w sensie bardzo abstrakcyjnym, metafizycznym prawie. Z tego rozstania rozgałęzia się całe obfite drzewo tematów, równie przykrych. Równie ostatecznych. Wszystko przez Irvinga i te jego słowa, do których zawsze wracam: "Najtrudniej pogodzić się z tym, że z upływem czasu ludzie, którzy tak wiele kiedyś dla nas znaczyli, wyłaniają się z mroków zapomnienia ujęci w cudzysłów." One położyły się cieniem na moim umyśle... Bardzo brzydko tak zrzucać na kogoś własną winę, wiem. Żaden podstarzały, amerykański pisarz nie może odpowiadać za to co siedzi w mojej głowie. Choćbym nie wiadomo jak bardzo chciała. Przy założeniu, rzecz jasna, że to język jest wtórny, a nie sposób myślenia... Ale zostawmy to, bo robi się chaos. I zaraz zaleją mnie trzykropki.

Wracając do rozstań. Przyglądam się dziś drastycznym zmianom jakie zaszły w moim otoczeniu w ciągu kilku zaledwie tygodni. Wszystko stanęło na głowie. Nie, to ja stanęłam na głowie- pozostali- standardowo. Albo jednak odwrotnie. Właściwie trudno to ustalić. Nieważne, chodzi o to, że fajnie się ogląda świat z takiej pozycji- z pozycji człowieka stojącego na głowie, podczas gdy cała reszta posłusznie stąpa po ziemi albo człowieka, który tkwiąc w swojej normalności przygląda się ludziom przyklejonym podeszwami do sufitu. Na jedno wychodzi tak naprawdę. W każdym przypadku to ja nie mieszczę się w normie. Wszystko jest takie nowe i ciekawe, zabawnie kręci się w głowie. Czuję, że coś się dzieje, że muszę wszystkiego dotknąć, posmakować, zobaczyć. Jakbym wylądowała na innej planecie. Ale jednocześnie w tej całej radości tkwi poważny problem: ludzie, którzy, choć ci sami, stają się nagle obcy, inni, bez kontaktu...

Jaka to przeraźliwa karuzela, która obraca się we wszystkich możliwych kierunkach- ja się zmieniam, ludzie się zmieniają, świat się zmienia i nagle wszystko przestaje być takie jak było. Człowiek, kiedyś najbliższy, któremu można było wszystko powiedzieć, człowiek, z którym spędzałeś mnóstwo czasu, z którym miałeś wspólne marzenia i sny, człowiek, z którym dzieliłeś się każdym sekretem, człowiek z którym sypiałeś (mowa o tym samym człowieku, gdyby ktoś miał wątpliwość;)), ten właśnie człowiek być może minie cię kiedyś na ulicy jak obcego albo wymieni się z tobą uwagami na temat pogody podczas przypadkowego spotkania na imprezie wspólnych jeszcze znajomych. Czy istnieje lepszy i bardziej przekonujący dowód na poparcie wizji człowieka zawsze samotnego? Tylko samotnego? W każdych okolicznościach w głebi duszy wiecznie samotnego?

I jak tu nie roztrząsać zjawiska "rozstania", wobec którego ogarnia mnie bezsilność nie do pokonania i pełen szacunku strach. Uczucia jak najbardziej odpowiednie nie tylko w obliczu potęgi Boga, ale też wobec  nigdy nie przeniknionych tajemnic relacji międzyludzkich.

Dzię ku je myyy!

Tak sobie myślę... nie można powiedzieć, że jest zbyt dużo modlitw dziękczynnych. Nie da się znudzić swoim dziękowaniem, zmęczyć i znużyć. Można o zbyt wiele prosić, zbyt wiele mówić, przesadnie lamentować. Ale dziękować? Ktoś mi zaraz powie, że muszę mieć wyjątkowo szczęśliwe życie, w czepku być urodzona, na pewno wszystko mi się układa, mam zwyczajnego farta albo bogatych rodziców. Co ja mogę wiedzieć o nieszczęściu, o depresji, o bólu, o pechu, skoro mogłabym tylko dziękować? Tymczasem ja swoje wiem o bólu, o goryczy, o bezsilności. Jak każdy. I nie w tym sęk, że trzeba być drzewem o suchych i łamliwych gałęziach bezustannie targanym przez zimny, porwisty wiatr, żeby można było przyznać sobie prawo do mówienia o tym, że życie jest piękne. Czy naprawdę tylko wtedy możemy być wiarygodni, kiedy MIMO WSZYSTKO (a "wszystkiego" jest dużo i jest bardzo złe) potrafimy się uśmiechnąć? Przecież zawsze może być gorzej. Zawsze znajdzie się ktoś kto Ci powie: "co ty wiesz o życiu, gówniarzu?". Nie chodzi o licytację. Chodzi o korzenie. O fundament. O nadzieję. O wiarę. O taki mały, maleńki, mikroskopijny płomyczek, który nigdy nie zgaśnie. I nie zgadzam się, że "jeszcze kiedyś powiem sobie- życie jest bez sensu." Nie i koniec. Mówcie co chcecie.
Jest takie jedno miejsce oblane barokowym złotem, a jednak chłodne i ciemne. Można podejść blisko, ale nie na wyciągnięcie ręki. Można stanąć z boku, schować się, zniknąć, zatonąć w ciszy. Dotknąć z namaszczeniem kamiennej barierki i utkwić wzrok w czerwonym światełku. Tam się prosi i tam się dziękuje. Tam wlaśnie uplotłam moją łzawą, postrzępioną, nienadającą się do niczego historię i tam ją zostawiłam. Zwrócono mi naprawioną- piękną i obiecującą... Bardzo polecam. Tylko nie zapomnijcie podziękować.


"Dziękuję"

Dziękuję Ci za miłość prędką bez namysłu
za to że nie jest całym człowiek pojedynczy
a oczy nagle bliskie i niebezimienne
za glos niedawno obcy a teraz znajomy
za to że nie ma czasu by pisać list krótki
więc dlatego się pisze same tylko długie
choć pisanie jest po to by szkodzić piszącym
i miłość wciąż niezręcznym mijaniem się ludzi
że nie można Cię zabić w obronie człowieka
Dziękuję Ci za tyle bólu żeby sprawdzać siebie
a wszystko co nieważne najważniejsze
za pytania tak wielkie że już nieruchome

Ks. Jan Twardowski